piątek, 30 czerwca 2017

Rozdział 14

***

     Dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć? 

    Myślał, że to widok Granger na tej przeklętej licytacji, zszokował go najbardziej. Jednak to, co przed chwilą usłyszał, z tamtym nie mogło się równać. Odwrócił, spoglądając na skuloną szatynkę. Nie mógł uwierzyć, że to ta sama Hermiona Granger, członkini Złotego Trójcy, ta która pomogła raz na zawsze pozbyć się Czarnego Pana, odważna, wiecznie zabiegana z ogromną szopą na głowie Gryfonka. Nie, to już nie była stara Granger. Dziewczyna, na którą teraz patrzył została złamana, pozbawiona wszelkiej woli walki. 

     Dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć?

   Właśnie, dlaczego? W końcu, kim ona dla nie była? Była zwykłą szlamą, która nie miała prawa w ogóle przekroczyć bram Hogwartu. Mimo wszytko, jednak to zrobił. Pomógł jej. Nie chodziło tu wyłącznie o to, że widok tak zmaltretowanej dziewczyny długo by go prześladował - o ile nie przez całe życie. On po prostu czuł, że musi, ale... nie wiedział dlaczego. Cóż za ironia - prychnął w duchu, kręcąc głową. 

    Znów spojrzał na szatynkę, momentalnie poważniejąc. Ona chce umrzeć. Wiedział, że jest źle, ale nie, że aż tak. Salazarze, co oni ci tam zrobili - pomyślał i zaraz jakiś cichy głosik zgonił go za tą myśl. Współczujesz szlamie? Niżej to już chyba upaść nie mogłeś. Nie współczuł jej. To na pewno nie to. On nie wiedział co to współczucie, a ona sama sobie jest winna, gdyby nie urodziła się szlamą...Nie mógł jej współczuć, nie mógł, nie mógł...

    Potarł skronie, starając się przywrócić swoje myśli na właściwą ścieżkę. Nie było zbyt łatwe, przez jego głowę zaczęły przelatywać obrazy z tej przeklętej nocy. Dlaczego to wszystko spotkało akurat jego?
    
    -  Cholera - warknął. Co się ze mną dzieje? 

    Nie przerwany do tej pory szloch Gryfonki ustał. Spojrzał na nią, napotykając zalękniony wzrok. Bała się go, widział to w jej ciemnych jak noc oczach. Tylko dlaczego? Przecież nic jej nie zrobił... nagle zrozumiał. Pomyślała, że to na nią warczy, że czegoś od niej chce. Ona myśli, że chce ją skrzywdzić...

    Nie przerywając kontaktu wzrokowego zaczął powoli kierować się w stronę Granger. Widząc poczynania blondyna, zaczęła trząść się jak osika. Nie zatrzymał się. Będąc zaledwie metr od ciała dziewczyny, ukucnął.

    Patrzyła na niego napuchniętymi od łez oczami. Widział bijący z nich strach. Wiedział, że z każdą chwilą ona boi się go coraz bardziej. Nie mógł się jednak zdobyć na jakikolwiek ruch. Patrzył w jej czekoladowe tęczówki. Czuł coś dziwnego. Coś, jakby przyciągało go do tej drobnej przestraszonej szatynki. Nie wiedział jak, ale jego głowa samoistnie zaczęła przybliżać się do niej. To Coś go przyciągało coraz bardziej. Coraz bliżej tych ciemnych oczu... pięknych oczu.

    Zamknęła je. Strach nie pozwalał jej dłużej utrzymywać kontaktu wzrokowego. Draco widząc to, znowu zaprzestał jakichkolwiek ruchów. Jego wzrok spoczął na zaciśniętych piąstkach dziewczyny, po czym znowu wrócił do jej twarzy. Nie wiedział co się z nim dzieje. W jego głowie dwa głosy walczyły o dominację. Jeden mówił, że powinien natychmiast oddalić się od Gryfonki. Co ty robisz?! To szlama. Szlama! Odsuń się!. Jednak drugi skutecznie zaczął go zagłuszał. Dlaczego je zamknęła? Niech znowu je otworzy! Powiedz jej, żeby na ciebie spojrzała...

    -  Spójrz na mnie. - szepnął. Nie był sobą. To Coś przejęło nad nim kontrolę. A on? On... nie chciał jej odzyskiwać.

   Otworzyła oczy. Jej klatka unosiła się gwałtownie. Czuł jej przyspieszony oddech, widział rozszerzone źrenice. Bała się go. 

    - Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy. - znów wyszeptał. Praktycznie stykali się czołami. Jego wzrok spoczął na jej malinowych pełnych wargach, po czym znów powrócił do wpatrywania się w czekoladowe tęczówki. Dziewczyna wzięła głęboki oddech, przymykając oczy. Już chciał poprosić ją, żeby znowu je otworzyła, gdy sama to zrobiła. Jej wzrok jakby się uspokoił. Przybliżył się jeszcze bardziej. Jej usta były tak blisko. Jeszcze tylko kawałek, kawalątek...

   Wystarczyło jedno słowo, by cały czar prysł. 

    - Dlaczego? - załkała. Blondyn poczuł się, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody. Zamrugał roztrzęsiony i czym prędzej odsunął się od dziewczyny, uświadamiając sobie, czego o mały włos nie zrobił. 

   Wstał i czym prędzej zaczął kierować się w stronę drzwi. Co to było do cholery? - spytał sam siebie. 

     - Dlaczego? 

    Zatrzymał się z dłonią na klamce i spojrzał przez ramię na szatynkę. Szybko odwrócił głowę, napotykając jej spojrzenie. Wiesz dlaczego...

     - Nie wiem. - odparł.

    I wyszedł.

***

Nora Grey
   
 

 


środa, 31 maja 2017

 

Rozdział 13

***
     Odkąd pamiętała, fascynowała się magomedycyną. Już jako dziecko, wyobrażała sobie dorosłą siebie w fartuchu uzdrowiciela. Z biegiem lat, musiała jednak ukrywać swoje marzenie. Wiedziała bowiem, że zaborczy ojciec wżyciu nie pozwoli jej pracować, a co dopiero mieć styczność z mugolakami i czarodziejami półkrwi. Miał on co do niej inne plany. Po ukończeniu szkoły miała się zaręczyć z jakimś arystokratą, wziąć z nim ślub i urodzić mu dziedzica. Mimo tego, starała się rozwijać swoje umiejętności pod kątem magomedycyny. Jedyną osobą, która o tym wiedziała była Andromeda. Zawsze mogła liczyć na wsparcie siostry. Nie mogła polegać na matce, która była całkowicie oddana swojemu mężowi, o Belli to już nawet nie wspominając. Po ucieczce siostry, blondynce było bardzo ciężko. Cieszyła się ze szczęścia Andy, ale samotność ogromnie jej doskwierała.

     Niecały rok później, poznała Lucjusza.

     Zawsze, gdy wspomina tamte czasy na jej twarzy pojawia się cień uśmiechu. Jej mąż nie zawsze był takim zwyrodnialcem. Wręcz przeciwnie, był odzwierciedleniem jej ideału mężczyzny. Wysoki, przystojny, czarujący, piekielnie inteligentny i - jak przystała na arystokratę - urodzony gantleman. Pamiętała, jak na jej policzkach pojawiały się soczyste rumieńce za każdym razem, gdy prawił jej komplementy. Mogła rozmawiać z nim na każdy temat. Powiedziała mu nawet o tym, że chciała zostać magomedykiem i ku jej ogromnej satysfakcji nie wyraził sprzeciwu. Wydawało jej się, że nie mogła wymarzyć sobie lepszego męża.

     Wojna zmieniła wszystko.

     Lucjusz zmienił się nie do poznania. Idee głoszone przez Czarnego Pana, były jak muzyka dla jego uszu. Z czarującego mężczyzny zmienił się w bezwzględnego i nie znającego litości śmierciożercę. Nie było mowy o długich, wyczerpujących rozmowach. Ciągle słyszała ; ,, Czarny Pan to..." ,,Czarny Pan tamto...". Nie było dnia, żeby o swoich ofiarach albo o nowych zadaniach, które my wyznaczano. Bała się go. Bała się, że w końcu ona zostanie jego ofiarą.

     Jej lęki wkrótce stały się rzeczywistością.

     Jedno zdanie wystarczyło, by doświadczyła ogromnego bólu i upokorzenia. Ona - czarownica czystej krwi, arystokratka wywodząca się z jednej z najstarszych czarodziejskich rodzin - została potraktowana Cruciatusem przez własnego męża.

     A ona tylko wspomniała o magomedycynie.
 
     Tamta chwili pokazała jej, że może raz na zawsze pożegnać się ze swoimi marzeniami. Torturując ją, ciągle krzyczał, że nie pozwoli, by ktokolwiek o nazwisku Malfoy spoufalał się ze szlamami, mieszańcami i zdrajcami krwi. Nie wzruszały go jej prośby o zaprzestanie tortur. Od tamtej pory, każdy wyraz sprzeciwu albo słabości był karany. Musiała nauczyć się ukrywać wszelkie emocje za maską zimnej obojętności...jednak nie zawsze jej to wychodziło.

      Za każdym razem, widząc w jakim stanie Lucjusz zostawia swoje ofiary, musiała całą siłą woli powstrzymywać się, by nie podbiec i im nie pomóc. Rozsądek mówił jej, że musi być obojętna na to wszystko, ale jej serce - w pełni oddane magomedycynie - pchało ją ku pomocy. Czuła na sobie jego wzrok, czuła jak na jego twarzy pojawia się cień satysfakcji na widok mocno zaciśniętej dłoni na różdżce i napiętych mięśni. Jej mąż wiedział jak w nią uderzyć. Wykorzystywał jej marzenie - teraz już nic niewarte - by sprawdzać, czy zdoła mu się sprzeciwić.

      Nie sprzeciwiała się.

      Przez kolejne lata ani razu nie wspomniała o magomedycynie. Była, a raczej starała się być, idealną żoną dla Lucjusza oraz matką ich pierworodnego syna - Dracona. Po upadku Czarnego Pana, pogodziła się z faktem, że jej marzenia nigdy się nie spełnią. Zdarzały się nawet momenty, w których śmiała się ze swoich dziecięcych wyobrażeń. Przebieg jej życia został już ustalony jeszcze zanim się urodziła, więc jak mogła myśleć, że zdoła go zmienić? Poza tym, wmawiała sobie, że zapewne nie pamięta już niczego, czego się uczyła.

      Niektórych rzeczy nie da się jednak zapomnieć.

      Tego dnia, zaledwie w kilka sekund, wróciło do niej wszystko, czego się nauczyła. Miała gdzieś fakt, że naraża się mężowi. W tamtej chwili nie liczyło się dla niej nic poza jednym - życiem jej syna.
      
      Widok Dracona leżącego nieruchomo w kałuży krwi spowodował, że całe jej opanowanie i samokontrola zniknęły. Krzyknęła przerażona i czym prędzej rzuciła się w stronę syna, wyjmując różdżkę z rękawa. Nie przejmowała się tym ,że wszyscy ją obserwują, a Lucjusz najprawdopodobniej układa już w swojej głowie pomysł jak ją ukarać. W skupieniu mruczała zaklęcia, starając się jak najdokładniej wypowiadać słowa oraz odpowiednio je akcentować. Odetchnęła w duchu, widząc jak na policzkach blondyna pojawiają się lekkie rumieńce. Uśmiechnęła się, gdy otworzył oczy. Podniosła głowę i spostrzegła że teraz to na nią wszyscy patrzą z pogardą. Spostrzegła, że Lucjusz kieruje się w jej stronę z widocznym mordem w oczach. Gdy już miała zamknąć oczy, z ogromnego fotela wstała odziana w czarne szaty postać i ruszyła śladem Malfoya Seniora. Strach momentalnie przejął kontrolę nad całym jej ciałem. Instynktownie zasłoniła ciało syna swoim i spuściwszy głowę czekała na wyrok. Wiedziała, że kara wymierzona przez Lucjusza będzie niczym przy tej, którą wyznaczy jej sam Czarny Pan. Nie musiała podnosić głowy, by wiedzieć, że stoi tuż przed nią. Zamknęła oczy przygotowując się psychicznie na ból.

      Ten jednak nie nadszedł. 

      Czarny Pan kazał jej wstać i spojrzeć na niego. Patrzyła mu w oczy, bojąc się choćby na chwilę odwrócić wzrok. Wydawało jej się, że dostrzegła w jego czerwonych jak krew oczach błysk zaskoczenia. Po chwili odwrócił wzrok spoglądając na Lucjusza. Słabym ruchem ręki kazał mu wrócić na swoje miejsce, po czym znowu jego uwaga skupiła się na niej. Słowa, które wtedy do niej wypowiedział, długa siedziały w jej głowie. 

       Zabierz stąd Dracona Narcyzo, niech odzyska siły. 
 
       Z niemałym szokiem pomogła wstać synowi i wyprowadziła go z tego pokoju. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły z jej ust wydostało się westchnienie ulgi. Przez całą drogę do jej komnaty, zastanawiała się dlaczego Czarny Pan jej nie ukarał albo nie pozwolił zrobić tego jej mężowi. Może czekał na inny moment? Zanim się spostrzegła, stała już pod odpowiednimi drzwiami. Otworzyła jej jednym dotknięciem różdżki i czym prędzej położyła syna na łóżku, wyciągając z szafki nocnej Eliksir Wiggenowy i Eliksir Słodkiego Snu. Skarciła blondyna ostrym spojrzeniem, gdy słabym głosem próbował przekonać ją, że nie potrzebuje żadnych eliksirów. Podała mu je i nakazała od razu wypić, co ten z ogromną niechęcią zrobił. Po chwili spał jak zabity. Wpatrywała się w bladą twarz syna z ogromną czułością. Wyciągnęła rękę i odgarnęła mu niesforne kosmyki z czoła. Co by się stała, gdyby dziś nie poszła na spotkanie? Czy ktokolwiek pomógłby jej synowi? A co najważniejsze czy Lucjusz pozwoliłby umrzeć swojemu pierworodnemu i jedynemu synowi? 

      Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Machnęła różdżką i otworzyły się wpuszczając jej gościa do środka. Gdy tylko zobaczyła kto to, zamarła. Czyżby jej przeczucia się sprawdziły i Czarny Pan chciał ją teraz ukarać? Prędko wstała z łóżka i skłoniła się lekko. Na jej twarzy po raz kolejny odmalowało się zaskoczenie, gdy stwierdził, że zaskoczyły go jej umiejętności oraz to jak szybko rozpoznała jaka klątwa została rzucona na Dracona. Spytał, czy kiedykolwiek interesowała się magomedycyną, a gdy skinęła głową w akcie potwierdzenia na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Powiedział, że w tych czasach trudno o dobrego uzdrowiciela, a ci którzy zostali uprowadzeniu w celu leczenia jego oddziałów nie są godni jego całkowitego zaufania. Zaproponował jej więc funkcję jednego z nich w swoich szeregach. 

       A ona? Stała sparaliżowana szokiem i niedowierzaniem. Zupełnie jakby ktoś rzucił na nią Zaklęcie Paraliżujące. Oczekiwała kary i nagany, a została pochwalona i dostała propozycję leczenia wszystkich poszkodowanych podczas akcji Śmierciożerców. Z jednej strony cieszyła się, że może w końcu wykorzystać swoje umiejętności, ale z drugiej nie była zadowolona z tego, że będzie pomagać tym, którzy zadają śmierć niewinnym. Ale co miała zrobić? Odmówić? Czarny Pan niby jej tylko to proponował, ale przeczuwała, że nawet jeśli by się nie zgodziła, to zmusiłby ją do tego siłą.

      I zapewne wykorzystałby do tego Dracona. 

      Zgodziła się. Od tamtej pory leczyła wszystkich, którzy zostali ranni podczas misji w imię Czarnego Pana. Dostała nawet własne małe laboratorium, w którym mogła ważyć wszystkie swoje eliksiry. Starała się wykonywać swoje zadanie z największą dokładnością, by nikt nie mógł się do niczego przyczepić. Wstawała z rana, szła do laboratorium i od czasu do czasu była wzywana do pomocy przy uzdrawianiu rannych, po czym znowu wracała do warzenia eliksirów. Zdarzało się, że dość często spędzała w laboratorium całą noc przez co chodziła zmęczona i nie wyspana. Jej życie stało się więc jedną wielką rutyną.

      Gdy wojna dobiegła końca i Czarny Pan zniknął raz na zawsze, aurorzy zaczęli wyłapywać i zsyłać do Azkabanu wszystkich Śmierciożerców. Po zabraniu Lucjusza, po raz pierwszy od prawie dwudziestu lat odetchnęła z ogromną ulgą. W końcu była wolna, niezależna.

      W końcu mogła zrealizować swoje marzenia.

      Wiedziała, że nie będzie łatwo. Nazwisko Malfoy nie wzbudzało już szacunku wśród innych. Teraz inni wymawiali je z nieskrywaną pogardą. Idąc na spotkanie z dyrektorem Munga, czuła na sobie spojrzenia innych ludzi, słyszała szepty. Mimo to szła z uniesioną głową, nie zwracając uwagi na to wszystko.

       Rozmowa nie należała do tych najłatwiejszych. Na każde pytanie starała się odpowiadać bardzo dokładnie, wyczuwając, że jej rozmówca tylko czeka aż popełni błąd. W końcu starała się o przyjęcie na oddział Urazów Pozaklęciowych i wiedziała, że choćby jeden błąd może przesądzić o wszystkim.
Marcus Sanders - dyrektor szpitala - na samym początku nie był zbyt przychylnie do niej nastawiony.  Jego zielone oczy ani na moment nie spuszczały z niej swojego przeszywającego spojrzenia. Nie przerwał jej ani razu, gdy opowiadała mu o swoich zadaniach podczas wojny, a nawet dostrzegła w jego oczach błysk zaciekawienia, gdy opisywała sposób w jaki rozpoznawała nawet najbardziej wyszukane klątwy. Po zakończeniu monologu w gabinecie zapadła cisza. Magamedyk nadal nie spuszczał z niej swojego spojrzenia i gdy już wydawało jej się, że nic z tego nie będzie, mężczyzna uśmiechnął się, czym wyraźnie ją zaskoczył. Powiedział, że nie może się doczekać współpracy i zaproponował staż od września. Blondynkę zamurowało. Nie mogła uwierzyć, że dostała szansę spełnienia swojego największego marzenia. Uśmiechnęła się szeroko do mężczyzny i przyjęła jego oferta. Sanders ostrzegł ją jeszcze, że na początku na pewno nie będzie miała łatwo. Niektórzy pacjenci bowiem mogli odmówić, by leczył ich ktoś, kto miał jakiekolwiek powiązania ze Śmierciożercami, ale kobieta zapewniła go, że sobie poradzi, po czym opuściła gabinet.

      Teraz, idąc w stronę gabinetu doktora Sandersa zastanawiała się, po co ten poprosił ją o rozmowę, miesiąc przed rozpoczęciem przez nią stażu. Rozmyślił się co do niej? Powie, że jednak nie zatrudni jej przez wzgląd na nazwisko i dawne powiązania? Była pewna, że gdyby teraz ktoś zapytał ją czy się boi, bez wahania odpowiedziałaby, że tak. Zapukała delikatnie w drzwi i po usłyszeniu cichego proszęweszła do środka.

    - Dzień dobry, Pani Malfoy - mężczyzna uśmiechnął się i wskazał ręką na fotel przed sobą - proszę usiąść.

     - Dzień dobry Panie Sanders - blondynka również się uśmiechnęła, zajmując miejsce.

     - Jak mniemam, zastanawia się Pani, dlaczego poprosiłem o rozmowę? - kobieta skinęła głową - W takim razie już wszystko wyjaśniam. Jeden z naszych magomedyków musiał niestety nas opuścić, gdyż razem z rodziną przenieśli się przedwczoraj do Francji. Był jednym z najlepszych i  jego utrata jest dla szpitala ogromnym ciosem. Ze względu, że wszystkich jego pacjentów trzeba było przypisać innym magomedykom, zrobił się straszny harmider w papierach, na dodatek coraz większa liczba uzdrowicieli musi zostawać po godzinach.

     - Przepraszam, że przerwę, ale nie za bardzo rozumiem, co to ma wspólnego ze mną.

     - Właśnie miałem przejść do tej kwestii - kąciki jego ust uniosły się nieznacznie. - Tak się składa, że Luke był uzdrowicielem na oddziale Urazów Pozaklęciowych, na którym miała Pani rozpocząć swój staż. Poprosiłem o rozmowę, właśnie w sprawie tego stażu. Chciałbym, żeby rozpoczęła go Pani już od poniedziałku, o ile nie jest to dla Pani problemem.

      Narcyza wpatrywała się w uzdrowiciela z szeroko otwartymi oczami. Obawiała się, że jednak nici z pracy w Mungu, a tu się okazało, że może ją rozpocząć ponad miesiąc wcześniej! Jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, który szybko przygasł, gdy uświadomiła sobie pewną kwestię...

      - Nadal nie rozumiem. W jaki sposób przyspieszenie rozpoczęcia mojego stażu ma rozwiązać problemy szpitala, skoro jako stażystka nie mogę prowadzić żadnych pacjentów?

      - Coś czułem, że usłyszę to pytanie. O tuż pani staż miałby formę, że tak powiem, pół stażu. Będzie Pani mogła normalnie prowadzić pacjentów i jeżeli przez okres całego terminu nikt nie będzie miał żadnych zastrzeżeń, zostanie Pani z nami na stałe.

      Blondynka nie mogla uwierzyć w to co usłyszała. Uszczypnęła się myśląc, że cały dzisiejszy poranek to tylko sen. Sanders zaśmiał się na widok gestu kobiety i pokręcił głową.

     - To jak? Zgadza się Pani?

     Jeszcze zanim usłyszała to pytanie znała na nie odpowiedź.

    - Tak. - odparła, uśmiechając się przy tym szeroko.


***

Witam po dość długiej przerwie. Jako, że jest to jeden z dłuższych rozdziałów postanowiłam, że watek Dramione zostanie poruszony w następnej notce. Postaram się również nie robić już tak długiej przerwy. Jako, że zbliża się koniec roku (jakże upragniony przeze mnie ;) ) będę miała coraz więcej wolnego czasu, który postaram się przeznaczyć na pisanie i jeśli wszystko dobrze pójdzie to w wakacje rozdziały będą pojawiać się co dwa tygodnie. Nic jednak nie obiecuję.

Nora Grey 
      

     
     

     

czwartek, 2 lutego 2017

Rozdział 12


***

   - Możesz mi wyjaśnić, dlaczego kazałaś mi przyjść tak wcześnie? Nie ma nawet 9, a dziś jest sobota! - młody Malfoy był ogromnie poirytowany zachowaniem swojej rodzicielki. Wczoraj wieczorem postanowił sobie, że nie pozwoli, by ktokolwiek obudził go przed 11. Jego plan popsuła jednak pewna sowa, która zaczęła dobijać się do jego okna pół godziny temu. Okazało się, że było to wiadomość od jego matki, która kazała mu jak najszybciej przyjść.

   -Dyrektor Munga poprosił mnie o rozmowę. Wiesz przecież jak bardzo zależy mi na tej pracy...

   - Kazałaś mi tu przyjść tylko po to, żeby mi o tym powiedzieć?! - krzyknął, załamując ręce. - Nie no, po prostu cudownie. Dziękuję za zmarnowanie dnia. - Blondyn zaczął niespokojnie chodzić po całym salonie.

   - Proszę bardzo kochanie, a teraz siadaj i z łaski swojej racz wysłuchać  mnie do końca, bo dwa razy nie mam zamiaru się powtarzać. - odparła spokojnie. Draco klnąc cicho pod nosem, usiadł na jednym z foteli. Nienawidził jak matka zwracała się do niego w ten sposób. - Tak lepiej. A teraz słuchaj. Tak jak mówiłam, idę na rozmowę do Munga. Poprosiłam cię, żebyś przyszedł, bo nie wiem ile mi się tam zejdzie, a Hermiona może się obudzić w każdej chwili i ktoś musi tu być przypilnować żeby nie zrobiła nic głupiego, dlatego...

   - Czekaj chwilę, chcesz mi powiedzieć, że JA mam siedzieć tu nie wiadomo jak długo i pilnować, by Granger znowu sobie czegoś nie zrobiła? Powiedz mi proszę, że żartujesz.

   - Po pierwsze, co ja ci mówiłam o przerywaniu mi jak mówię? - popatrzyła ostro na syna, zakładając dłonie na piersi - a po drugie, nie.

  - Może mi jeszcze powiesz, że mam ślęczeć ciągłe przy jej łóżku, co? - zaśmiał się.

   - To bardzo dobry pomysł, skarbie. Sama bym na to nie wpadła. - uśmiechnęła się, a blondyn po raz kolejny przeklął swoją głupotę. Narcyza spojrzała na zegar. - No, ja już będę się zbierać.Nie mogę się spóźnić - zadowolona, pocałowała syna w policzek i wyszła.


***

     Po wyjściu matki, nie ruszał się jeszcze przez piętnaście minut. Siedział i rozmyślał, dlaczego to wszystko dotyka akurat jego. Po pierwsze -  dziwaczny sen z Dumbledorem w roli głównej. Dlaczego akurat jemu się przyśnił? Tą Oną była Granger, wywnioskował to w chwili, gdy zobaczył ją w tamtym magazynie, ale nie rozumiał dlaczego Stary Drops powiedział, że potrzebuje akurat JEGO pomocy? Co z Potterem? Albo Weasleyem? Jego zdaniem, na liście potencjalnych ratowników Granger, zajmowałby ostatnie miejsce. Dlaczego zatem to jemu przyśnił się ten sen? 

     Po drugie - przyniesienie Gryfonki do swojego rodzinnego domu. Do tej pory nie wiedział co nim kierowało. Dlaczego nie zabrał jej do Pottera? Nie wątpił w zdolności magomedyczne swojej matki, ale był pewien, że będąc u bruneta, szatynka miałaby dużo lepszą opiekę i nie próbowałaby się zabić...

     Wstał. Jego nogi samoistnie zaczęły kierować go w stronę schodów - zupełnie jakby stracił nad nimi kontrolę - i zatrzymały się dopiero przed drzwiami, za którymi spała Granger. Nacisnął klamkę i wszedł do pokoju. Jego wzrok spoczął na drobnym ciele, które leżało na ogromnym łóżku z zielonym baldachimem, które pomieściłoby trzy, jeśli nie cztery osoby. Wyczarował sobie fotel i usiadł przy prawym brzegu. Gdyby nie wiedział co się stało, pomyślałby, że Gryfonka nadzwyczajnie śpi. Nie wyglądała na osobę, która jest po próbie samobójczej. Mimo to, jej blada cera, zapadnięte i lekko zaczerwienione policzki wyraźnie mówiły, że nie wiodło jej się dobrze przez pewien okres. Jego pięści zacisnęły się mimowolnie, gdy przypomniał sobie co zobaczył w tamtym magazynie. Nie czuł względem dziewczyny żadnej sympatii. Dla niego nadal była szlamą. Szlamą, ale jednak kobietą, a on przysiągł sobie, że nigdy nie podniesie ręki na jakąkolwiek z nich. Nigdy nie będzie taki jak ojciec...

     Nie wiedział ile już tak siedział, patrząc na twarz szatynki. Kompletnie stracił poczucie czasu. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, opierając głowę o oparcie i przymykając oczy. Po chwili zmorzył go sen.



***

     Żyła. Nie wiedziała jak, ale żyła. Słyszała swój oddech, czuła miękkość pościeli. Kto ją uratował? Czyżby jej nowy nabywca? Aż tak bardzo mu zależy, na jej krzywdzie, że nie pozwala jej umrzeć? Przecież jest tylko nic nie wartą szlamą, kimś kto nie zasługuje na życie...

     Otworzyła oczy. Samotna łza, spłynęła po jej policzku. Przekręciła głowę w lewo, spoglądając na znajome meble. Ciągle była w tym samym pokoju. Dlaczego nie została przeniesiona do jakiejś piwnicy? Albo lochów? Jordan, każdą dziewczynę, która próbowała odebrać sobie życie, zabierał i zamykał w ciemnym, zimnym i bardzo ciasnym pomieszczeniu na cały dzień. Tara jej tak mówiła. Czy mężczyzna, który ją kupił preferuje inny rodzaj kar? Jeszcze więcej bicia, tortur? Bo jeśli tak, to była pewna, że długo nie wytrzyma. Podniosła się, przekręcając głowę w prawo. Gwałtownie przesunęła się na sam skraj łózka, otwierając szeroko oczy. Nie mogła uwierzyć w to co widzi. Doskonale go pamiętała. Platynowe, jasna cera do tego nie miała wątpliwości, że zamknięte powieki skrywają zawsze zimne niebieskie, niemal stalowe oczy.

      Draco Malfoy był tym, który ją kupił?

    To nie może być prawda. On? Ten czysto krwisty Ślizgon z krwi i kości, który upokarzał ją przez całe sześć lat, wyrwał ją z rąk Jordana? Czy to możliwe, że właśnie jego głos wydał się jej tak bardzo znajomy?

      Co się teraz z nią stanie? Ma usługiwać Malfoy'owi? Spełniać wszystkie jego zachcianki? Nawet te najbardziej wyuzdane? Łzy płynęły po jej policzkach niczym rzeka. Dlaczego nie pozwolił jej umrzeć? Przecież on nienawidził takich jak ona. Gardził nimi. Wyznawał idee, świata bez brudnej krwi. Nie wierzyła, by coś się zmieniło. Nie w nim.


    Chcąc odsunąć się jeszcze kawałek, nie zauważyła, że siedzi na samym krańcu łóżka. Po chwili w pokoju dało się usłyszeć pisk dziewczyny i głuchy odgłos zderzenia z drewnianą podłogą.

    

    ***

     Draco Malfoy, wybudził się słysząc pisk. Wstał z fotela i zobaczył, że łóżko, na którym spała Gryfonka było puste. Nagle do jego uszu dobiegł odgłos cichego szlochu. Przeszedł na drugą stronę łóżka i tam zobaczył skulone ciało dziewczyny. Musiała spaść, pomyślał. Podszedł do niej i przyklęknął, wyciągając rękę. Gryfonka skuliła się jeszcze bardziej, gdy położył ją na jej ramieniu.
   - Nie dotykaj mnie! - wyszlochała, odsuwając się. Blondyn znieruchomiał, zszokowany. Pierwszy raz miał  styczność z taka sytuacją.

   - Granger... - zaczął spokojnie, znowu dotykając jej ramienia. 

   - Odejdź ode mnie! - odwróciła się tyłem do niego, trzęsąc się. Teraz był pewien, że podejrzenia jego matki się sprawdziły. Pomimo ogromnej niechęci do dziewczyny, czuł jak narasta w nim gniew, a dłonie zaciskają się w pięści. Z ogromną przyjemnością zobaczy tego bruneta z licytacji za kratkami w Azkabanie. Był pewien, że to właśnie on stoi za tym wszystkim co spotkało szlochającą przed nim dziewczynę. 

   - Granger... - spróbował po raz trzeci. Niestety, dziewczyna znowu odtrąciła jego dłoń, siadając i opierając się o łóżko.

   - Proszę... nie rób mi krzywdy. - wyszeptała, podkurczając kolana i chowając w nich głowę. Draco, nie wiedział co robić. Pierwszy raz miał styczność z taką sytuacją.

   - Nic ci nie zrobię. - odparł spokojnie. Wyraźnie widział jak drży. - Jesteś już bezpieczna. - dodał.

     Szatynka podniosła na niego wzrok. Jej zaczerwienione oczy wywiercały dziurę w jego własnych.

   - Bezpieczna? - wyszeptała. Blondyn przytaknął. - Gdzie ja jestem?

   - W domu mojej matki. - blondyn wstał, przerywając krępujący go kontakt wzrokowy. 

   - Dlaczego mnie uratowałeś? - wyszeptała, spuszczając wzrok na podłogę. Arystokrata znieruchomiał, zaskoczony jej pytaniem oraz tonem jakim je wypowiedziała. Jakby z wyrzutem, pretensją. Czyżby obwiniała go za uratowanie życia? Nie, na pewno nie, musiał się przesłyszeć. 

     Jednak, to co usłyszał chwilę później, uświadomiło mu, że jednak tak nie było.

   - Dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć? 



***

Strasznie was przepraszam, że nie było rozdziału w styczniu. Niestety, pewne sprawy oderwały mnie na dłuższy czas od pisania. Mogę wam obiecać, że następny rozdział będzie jeszcze w tym miesiącu. Co do dzisiejszego. Zaczynamy z relacją Draco i Hermiony. Nie jest ona może jako bardzo rozbudowana, ale taki miałam właśnie zamysł w tym rozdziale. W następnym będzie tego więcej ;) Będzie się działo :D   
Nora Grey 

  

    

 


     


 

piątek, 16 grudnia 2016

 

Rozdział 11

***

     Harry Potter ogólnie bardzo lubił swoją pracę. Zdarzały się jednak momenty, że bycie szefem Biura Aurorów strasznie go irytowało. Jednym z nich było zaginięcie Hermiony, kiedy to nie mógł poświęcić się całkowicie jej poszukiwaniom, a drugim - papierkowa robota. Brunet, już ponad dwie godziny temu powinien być w domu, ale zamiast tego siedzi i uzupełnia zaległe papiery. Spojrzał na zegar. 21:27. Przetarł dłońmi zmęczone oczy, wstając. Zaczął zbierać i układać na stos wszystkie papiery, które walały się po biurku.
     
     Przerwał, słysząc stukanie w okno. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył dużego brązowego puchacza. Podszedł do okna i wpuścił ptaka, który wypuściwszy list z dzioba od razu odleciał. Brunet zmarszczył brwi rozpoznając pismo Malfoya. Szybko otworzył list i zaczął czytać. 


Spotkajmy się za dziesięć minut u mnie w domu. Pilne. Chodzi o Granger.      

     Zielonooki wyjął różdżkę i jednym machnięciem posprzątał cały bałagan i czym prędzej wybiegł ze swojego gabinetu, kierując się ku kominkom. W jego głowie cały czas siedziało ostatnie zdanie z listu. Co się stało z Hermioną, skoro Malfoy chce się z nim spotkać u siebie w domu? Zwykle spotykali się w ściśle umówionym terminie i miejscu. A teraz? Do tego jeszcze napisał, że to pilne. Może Hermiona już się obudziła i to dlatego Ślizgon chce go widzieć? Boże, błagam niech to będzie to...

     Dotarcie do kominków zajęło mu mniej niż pięć minut. Wchodząc do najbliższego, wymówił w myślach adres blondyna.   


    Po chwili zobaczył przed sobą brązowe ściany. Zaczął otrzepywać swój płaszcz z sadzy, kiedy głośne westchnienie zmusiło go, do przerwania.

    - Wiedziałem, że przyleziesz tu od razu po przeczytaniu listu - powiedział blondyn, krzyżując ręce na piersi.

    - Chodzi o Hermionę, więc to chyba oczywiste. - powiedział, prostując się. - a teraz mów o co chodzi. 


    -  Nie mam dla ciebie dobrych wieści. - powiedział w końcu. Widział jak usta bruneta zaciskają się wąską kreskę.


    - Co masz na myśli? - głos byłego Gryffona wyraźnie drżał.


    - Granger chciała się zabić. - powiedział w końcu na jednym wydechu. Oczy bruneta rozszerzyły się gwałtownie.

  
    - CO?! - wrzasnął. Zaczął wymachiwać rękami na wszystkie strony - Co ty pieprzysz?! Jeszcze wczoraj mówiłeś mi, że jej stan się nie poprawia, że ciągle jest nie przytomna! 


    - Bo wczoraj jeszcze była. Obudziła się dzisiaj i...


    - Dzisiaj! Dlaczego mnie nie poinformowałeś! - w oczach bruneta pojawiły się iskierki gniewu. Zaczął się zbliżać do Malfoya, wyciągając różdżkę...


    - Dasz ty mi dojść do słowa, do cholery, czy nie?! Granger obudziła się dzisiaj, jakąś godzinę temu i pierwsze co zrobiła to przedawkowanie eliksiru Słodkiego Snu! Gdyby moja matka nie poszła sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku, to teraz mógłbyś już szykować się na jej pogrzeb! - iskierki gniewu momentalnie zniknęły z zielonych oczu. Zastąpił je ból. Ból i strach. Ogromny strach. Młody auror opadł bez sił na pobliską kanapę, zakrywając dłońmi twarz. 


    - Co znią? - spytał. Po jego policzkach zaczęły płynąc łzy.


    - Matka mówi, że nic jej nie będzie, chociaż mało brakło do tragedii. Nakazała jednemu ze skrzatów mieć oko na Granger.   


    -  Boże...Nie mogę w to uwierzyć. Hermiona...Nigdy bym ją o coś takiego nie podejrzewał. 


    - Ja też się tego nie spodziewałem. - blondyn podszedł do barku i nalał w dwie szklanki Ognistej Whiskey. Skierował się w sronę kanapy i podał jedną Potterowi. 


    - Ginny się załamie. Ron też. - odparł, podnosząc do ust trunek, który po chwili zaczął palić mu gardło. - Z nią naprawdę nie jest dobrze. - spuścił głowę, nie powstrzymując coraz większego potoku łez. 


    - Oni to mnie akurat najmniej obchodzą - prychnął - a zwłaszcza ten rudy szmaciarz.


    - Dziękuję, że mnie o tym poinformowałeś. Liczę, że jak następnym razem wezwiesz mnie w sprawie Hermiony, to po to, by powiedzieć mi, że się obudziła. - odparł, puszczając uwagę Malfoya na temat Rona mimo uszu.


    - Też mam taką nadzieję, Potter. - powiedział, popijając trunek.


***

Hej. Tak jak pisałam, dzisiaj publikuję kolejny rozdział opowiadania. Nie dzieje się w nim za dużo, ale w następnym będzie ciekawie.  Powoli zaczynamy z Dramione ;) Mam już idealny pomysł na opisanie ich pierwszego spotkania... Cóż do następnego! Liczę na komentarze :D

 Nora Grey