środa, 31 maja 2017

 

Rozdział 13

***
     Odkąd pamiętała, fascynowała się magomedycyną. Już jako dziecko, wyobrażała sobie dorosłą siebie w fartuchu uzdrowiciela. Z biegiem lat, musiała jednak ukrywać swoje marzenie. Wiedziała bowiem, że zaborczy ojciec wżyciu nie pozwoli jej pracować, a co dopiero mieć styczność z mugolakami i czarodziejami półkrwi. Miał on co do niej inne plany. Po ukończeniu szkoły miała się zaręczyć z jakimś arystokratą, wziąć z nim ślub i urodzić mu dziedzica. Mimo tego, starała się rozwijać swoje umiejętności pod kątem magomedycyny. Jedyną osobą, która o tym wiedziała była Andromeda. Zawsze mogła liczyć na wsparcie siostry. Nie mogła polegać na matce, która była całkowicie oddana swojemu mężowi, o Belli to już nawet nie wspominając. Po ucieczce siostry, blondynce było bardzo ciężko. Cieszyła się ze szczęścia Andy, ale samotność ogromnie jej doskwierała.

     Niecały rok później, poznała Lucjusza.

     Zawsze, gdy wspomina tamte czasy na jej twarzy pojawia się cień uśmiechu. Jej mąż nie zawsze był takim zwyrodnialcem. Wręcz przeciwnie, był odzwierciedleniem jej ideału mężczyzny. Wysoki, przystojny, czarujący, piekielnie inteligentny i - jak przystała na arystokratę - urodzony gantleman. Pamiętała, jak na jej policzkach pojawiały się soczyste rumieńce za każdym razem, gdy prawił jej komplementy. Mogła rozmawiać z nim na każdy temat. Powiedziała mu nawet o tym, że chciała zostać magomedykiem i ku jej ogromnej satysfakcji nie wyraził sprzeciwu. Wydawało jej się, że nie mogła wymarzyć sobie lepszego męża.

     Wojna zmieniła wszystko.

     Lucjusz zmienił się nie do poznania. Idee głoszone przez Czarnego Pana, były jak muzyka dla jego uszu. Z czarującego mężczyzny zmienił się w bezwzględnego i nie znającego litości śmierciożercę. Nie było mowy o długich, wyczerpujących rozmowach. Ciągle słyszała ; ,, Czarny Pan to..." ,,Czarny Pan tamto...". Nie było dnia, żeby o swoich ofiarach albo o nowych zadaniach, które my wyznaczano. Bała się go. Bała się, że w końcu ona zostanie jego ofiarą.

     Jej lęki wkrótce stały się rzeczywistością.

     Jedno zdanie wystarczyło, by doświadczyła ogromnego bólu i upokorzenia. Ona - czarownica czystej krwi, arystokratka wywodząca się z jednej z najstarszych czarodziejskich rodzin - została potraktowana Cruciatusem przez własnego męża.

     A ona tylko wspomniała o magomedycynie.
 
     Tamta chwili pokazała jej, że może raz na zawsze pożegnać się ze swoimi marzeniami. Torturując ją, ciągle krzyczał, że nie pozwoli, by ktokolwiek o nazwisku Malfoy spoufalał się ze szlamami, mieszańcami i zdrajcami krwi. Nie wzruszały go jej prośby o zaprzestanie tortur. Od tamtej pory, każdy wyraz sprzeciwu albo słabości był karany. Musiała nauczyć się ukrywać wszelkie emocje za maską zimnej obojętności...jednak nie zawsze jej to wychodziło.

      Za każdym razem, widząc w jakim stanie Lucjusz zostawia swoje ofiary, musiała całą siłą woli powstrzymywać się, by nie podbiec i im nie pomóc. Rozsądek mówił jej, że musi być obojętna na to wszystko, ale jej serce - w pełni oddane magomedycynie - pchało ją ku pomocy. Czuła na sobie jego wzrok, czuła jak na jego twarzy pojawia się cień satysfakcji na widok mocno zaciśniętej dłoni na różdżce i napiętych mięśni. Jej mąż wiedział jak w nią uderzyć. Wykorzystywał jej marzenie - teraz już nic niewarte - by sprawdzać, czy zdoła mu się sprzeciwić.

      Nie sprzeciwiała się.

      Przez kolejne lata ani razu nie wspomniała o magomedycynie. Była, a raczej starała się być, idealną żoną dla Lucjusza oraz matką ich pierworodnego syna - Dracona. Po upadku Czarnego Pana, pogodziła się z faktem, że jej marzenia nigdy się nie spełnią. Zdarzały się nawet momenty, w których śmiała się ze swoich dziecięcych wyobrażeń. Przebieg jej życia został już ustalony jeszcze zanim się urodziła, więc jak mogła myśleć, że zdoła go zmienić? Poza tym, wmawiała sobie, że zapewne nie pamięta już niczego, czego się uczyła.

      Niektórych rzeczy nie da się jednak zapomnieć.

      Tego dnia, zaledwie w kilka sekund, wróciło do niej wszystko, czego się nauczyła. Miała gdzieś fakt, że naraża się mężowi. W tamtej chwili nie liczyło się dla niej nic poza jednym - życiem jej syna.
      
      Widok Dracona leżącego nieruchomo w kałuży krwi spowodował, że całe jej opanowanie i samokontrola zniknęły. Krzyknęła przerażona i czym prędzej rzuciła się w stronę syna, wyjmując różdżkę z rękawa. Nie przejmowała się tym ,że wszyscy ją obserwują, a Lucjusz najprawdopodobniej układa już w swojej głowie pomysł jak ją ukarać. W skupieniu mruczała zaklęcia, starając się jak najdokładniej wypowiadać słowa oraz odpowiednio je akcentować. Odetchnęła w duchu, widząc jak na policzkach blondyna pojawiają się lekkie rumieńce. Uśmiechnęła się, gdy otworzył oczy. Podniosła głowę i spostrzegła że teraz to na nią wszyscy patrzą z pogardą. Spostrzegła, że Lucjusz kieruje się w jej stronę z widocznym mordem w oczach. Gdy już miała zamknąć oczy, z ogromnego fotela wstała odziana w czarne szaty postać i ruszyła śladem Malfoya Seniora. Strach momentalnie przejął kontrolę nad całym jej ciałem. Instynktownie zasłoniła ciało syna swoim i spuściwszy głowę czekała na wyrok. Wiedziała, że kara wymierzona przez Lucjusza będzie niczym przy tej, którą wyznaczy jej sam Czarny Pan. Nie musiała podnosić głowy, by wiedzieć, że stoi tuż przed nią. Zamknęła oczy przygotowując się psychicznie na ból.

      Ten jednak nie nadszedł. 

      Czarny Pan kazał jej wstać i spojrzeć na niego. Patrzyła mu w oczy, bojąc się choćby na chwilę odwrócić wzrok. Wydawało jej się, że dostrzegła w jego czerwonych jak krew oczach błysk zaskoczenia. Po chwili odwrócił wzrok spoglądając na Lucjusza. Słabym ruchem ręki kazał mu wrócić na swoje miejsce, po czym znowu jego uwaga skupiła się na niej. Słowa, które wtedy do niej wypowiedział, długa siedziały w jej głowie. 

       Zabierz stąd Dracona Narcyzo, niech odzyska siły. 
 
       Z niemałym szokiem pomogła wstać synowi i wyprowadziła go z tego pokoju. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły z jej ust wydostało się westchnienie ulgi. Przez całą drogę do jej komnaty, zastanawiała się dlaczego Czarny Pan jej nie ukarał albo nie pozwolił zrobić tego jej mężowi. Może czekał na inny moment? Zanim się spostrzegła, stała już pod odpowiednimi drzwiami. Otworzyła jej jednym dotknięciem różdżki i czym prędzej położyła syna na łóżku, wyciągając z szafki nocnej Eliksir Wiggenowy i Eliksir Słodkiego Snu. Skarciła blondyna ostrym spojrzeniem, gdy słabym głosem próbował przekonać ją, że nie potrzebuje żadnych eliksirów. Podała mu je i nakazała od razu wypić, co ten z ogromną niechęcią zrobił. Po chwili spał jak zabity. Wpatrywała się w bladą twarz syna z ogromną czułością. Wyciągnęła rękę i odgarnęła mu niesforne kosmyki z czoła. Co by się stała, gdyby dziś nie poszła na spotkanie? Czy ktokolwiek pomógłby jej synowi? A co najważniejsze czy Lucjusz pozwoliłby umrzeć swojemu pierworodnemu i jedynemu synowi? 

      Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Machnęła różdżką i otworzyły się wpuszczając jej gościa do środka. Gdy tylko zobaczyła kto to, zamarła. Czyżby jej przeczucia się sprawdziły i Czarny Pan chciał ją teraz ukarać? Prędko wstała z łóżka i skłoniła się lekko. Na jej twarzy po raz kolejny odmalowało się zaskoczenie, gdy stwierdził, że zaskoczyły go jej umiejętności oraz to jak szybko rozpoznała jaka klątwa została rzucona na Dracona. Spytał, czy kiedykolwiek interesowała się magomedycyną, a gdy skinęła głową w akcie potwierdzenia na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Powiedział, że w tych czasach trudno o dobrego uzdrowiciela, a ci którzy zostali uprowadzeniu w celu leczenia jego oddziałów nie są godni jego całkowitego zaufania. Zaproponował jej więc funkcję jednego z nich w swoich szeregach. 

       A ona? Stała sparaliżowana szokiem i niedowierzaniem. Zupełnie jakby ktoś rzucił na nią Zaklęcie Paraliżujące. Oczekiwała kary i nagany, a została pochwalona i dostała propozycję leczenia wszystkich poszkodowanych podczas akcji Śmierciożerców. Z jednej strony cieszyła się, że może w końcu wykorzystać swoje umiejętności, ale z drugiej nie była zadowolona z tego, że będzie pomagać tym, którzy zadają śmierć niewinnym. Ale co miała zrobić? Odmówić? Czarny Pan niby jej tylko to proponował, ale przeczuwała, że nawet jeśli by się nie zgodziła, to zmusiłby ją do tego siłą.

      I zapewne wykorzystałby do tego Dracona. 

      Zgodziła się. Od tamtej pory leczyła wszystkich, którzy zostali ranni podczas misji w imię Czarnego Pana. Dostała nawet własne małe laboratorium, w którym mogła ważyć wszystkie swoje eliksiry. Starała się wykonywać swoje zadanie z największą dokładnością, by nikt nie mógł się do niczego przyczepić. Wstawała z rana, szła do laboratorium i od czasu do czasu była wzywana do pomocy przy uzdrawianiu rannych, po czym znowu wracała do warzenia eliksirów. Zdarzało się, że dość często spędzała w laboratorium całą noc przez co chodziła zmęczona i nie wyspana. Jej życie stało się więc jedną wielką rutyną.

      Gdy wojna dobiegła końca i Czarny Pan zniknął raz na zawsze, aurorzy zaczęli wyłapywać i zsyłać do Azkabanu wszystkich Śmierciożerców. Po zabraniu Lucjusza, po raz pierwszy od prawie dwudziestu lat odetchnęła z ogromną ulgą. W końcu była wolna, niezależna.

      W końcu mogła zrealizować swoje marzenia.

      Wiedziała, że nie będzie łatwo. Nazwisko Malfoy nie wzbudzało już szacunku wśród innych. Teraz inni wymawiali je z nieskrywaną pogardą. Idąc na spotkanie z dyrektorem Munga, czuła na sobie spojrzenia innych ludzi, słyszała szepty. Mimo to szła z uniesioną głową, nie zwracając uwagi na to wszystko.

       Rozmowa nie należała do tych najłatwiejszych. Na każde pytanie starała się odpowiadać bardzo dokładnie, wyczuwając, że jej rozmówca tylko czeka aż popełni błąd. W końcu starała się o przyjęcie na oddział Urazów Pozaklęciowych i wiedziała, że choćby jeden błąd może przesądzić o wszystkim.
Marcus Sanders - dyrektor szpitala - na samym początku nie był zbyt przychylnie do niej nastawiony.  Jego zielone oczy ani na moment nie spuszczały z niej swojego przeszywającego spojrzenia. Nie przerwał jej ani razu, gdy opowiadała mu o swoich zadaniach podczas wojny, a nawet dostrzegła w jego oczach błysk zaciekawienia, gdy opisywała sposób w jaki rozpoznawała nawet najbardziej wyszukane klątwy. Po zakończeniu monologu w gabinecie zapadła cisza. Magamedyk nadal nie spuszczał z niej swojego spojrzenia i gdy już wydawało jej się, że nic z tego nie będzie, mężczyzna uśmiechnął się, czym wyraźnie ją zaskoczył. Powiedział, że nie może się doczekać współpracy i zaproponował staż od września. Blondynkę zamurowało. Nie mogła uwierzyć, że dostała szansę spełnienia swojego największego marzenia. Uśmiechnęła się szeroko do mężczyzny i przyjęła jego oferta. Sanders ostrzegł ją jeszcze, że na początku na pewno nie będzie miała łatwo. Niektórzy pacjenci bowiem mogli odmówić, by leczył ich ktoś, kto miał jakiekolwiek powiązania ze Śmierciożercami, ale kobieta zapewniła go, że sobie poradzi, po czym opuściła gabinet.

      Teraz, idąc w stronę gabinetu doktora Sandersa zastanawiała się, po co ten poprosił ją o rozmowę, miesiąc przed rozpoczęciem przez nią stażu. Rozmyślił się co do niej? Powie, że jednak nie zatrudni jej przez wzgląd na nazwisko i dawne powiązania? Była pewna, że gdyby teraz ktoś zapytał ją czy się boi, bez wahania odpowiedziałaby, że tak. Zapukała delikatnie w drzwi i po usłyszeniu cichego proszęweszła do środka.

    - Dzień dobry, Pani Malfoy - mężczyzna uśmiechnął się i wskazał ręką na fotel przed sobą - proszę usiąść.

     - Dzień dobry Panie Sanders - blondynka również się uśmiechnęła, zajmując miejsce.

     - Jak mniemam, zastanawia się Pani, dlaczego poprosiłem o rozmowę? - kobieta skinęła głową - W takim razie już wszystko wyjaśniam. Jeden z naszych magomedyków musiał niestety nas opuścić, gdyż razem z rodziną przenieśli się przedwczoraj do Francji. Był jednym z najlepszych i  jego utrata jest dla szpitala ogromnym ciosem. Ze względu, że wszystkich jego pacjentów trzeba było przypisać innym magomedykom, zrobił się straszny harmider w papierach, na dodatek coraz większa liczba uzdrowicieli musi zostawać po godzinach.

     - Przepraszam, że przerwę, ale nie za bardzo rozumiem, co to ma wspólnego ze mną.

     - Właśnie miałem przejść do tej kwestii - kąciki jego ust uniosły się nieznacznie. - Tak się składa, że Luke był uzdrowicielem na oddziale Urazów Pozaklęciowych, na którym miała Pani rozpocząć swój staż. Poprosiłem o rozmowę, właśnie w sprawie tego stażu. Chciałbym, żeby rozpoczęła go Pani już od poniedziałku, o ile nie jest to dla Pani problemem.

      Narcyza wpatrywała się w uzdrowiciela z szeroko otwartymi oczami. Obawiała się, że jednak nici z pracy w Mungu, a tu się okazało, że może ją rozpocząć ponad miesiąc wcześniej! Jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, który szybko przygasł, gdy uświadomiła sobie pewną kwestię...

      - Nadal nie rozumiem. W jaki sposób przyspieszenie rozpoczęcia mojego stażu ma rozwiązać problemy szpitala, skoro jako stażystka nie mogę prowadzić żadnych pacjentów?

      - Coś czułem, że usłyszę to pytanie. O tuż pani staż miałby formę, że tak powiem, pół stażu. Będzie Pani mogła normalnie prowadzić pacjentów i jeżeli przez okres całego terminu nikt nie będzie miał żadnych zastrzeżeń, zostanie Pani z nami na stałe.

      Blondynka nie mogla uwierzyć w to co usłyszała. Uszczypnęła się myśląc, że cały dzisiejszy poranek to tylko sen. Sanders zaśmiał się na widok gestu kobiety i pokręcił głową.

     - To jak? Zgadza się Pani?

     Jeszcze zanim usłyszała to pytanie znała na nie odpowiedź.

    - Tak. - odparła, uśmiechając się przy tym szeroko.


***

Witam po dość długiej przerwie. Jako, że jest to jeden z dłuższych rozdziałów postanowiłam, że watek Dramione zostanie poruszony w następnej notce. Postaram się również nie robić już tak długiej przerwy. Jako, że zbliża się koniec roku (jakże upragniony przeze mnie ;) ) będę miała coraz więcej wolnego czasu, który postaram się przeznaczyć na pisanie i jeśli wszystko dobrze pójdzie to w wakacje rozdziały będą pojawiać się co dwa tygodnie. Nic jednak nie obiecuję.

Nora Grey 
      

     
     

     

3 komentarze:

  1. Witaj!
    Z ogromną chęcią, radością i zachęcającym uśmiechem pragnę zaprosić cię do Katalogu Świat według bohaterów.
    Mimo początkowych trudności, jakie zawsze czekają na nas w świecie blogosfery, mam nadzieję, że zechcesz do nas dołączyć ;)
    Z niecierpliwością oczekujemy właśnie Ciebie!
    swiat-wedlug-bohaterow.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Taaak!
    Jak się cieszę, że ten blog będzie kontynuowany. Powiem ci szczerze zaczynałam tracić powoli nadzieję że wrócisz... teraz już wiem że nie wolno jej tracić ♡
    Czekam na wątek Dramione, nie mogę się go wprost doczekać ♡♡♡
    Pozdrawiam!
    :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobają mi sie twoje wypociny. Nie są takie jak wiekszosc, ktore czytalam. Są krotkie i zwiezłe, ale wprawiają czytelnika w niezwyklą atmosfere. Wczesniej nawet nie wiedzialam, że moge czuć takie uczucia. Z pewnoscia nie jest to jakies barwne, długie opowiadanie na 70 rozdziałow. Aczkolwiek uwazam, że oddaje to, co chcialas przekazac. Czekam na wątek dramione, bo kłamac nie bede, ale juz troche czasu minelo, a wcale nie przyblizamy sie do tego. To jest jedyny minus- długosc ( moze troszeczke wieksze opisy, takie ktore by wyczerpały temat i w pelni oddaly sytuacje). Pozdrawiam i czekam :)

    OdpowiedzUsuń